wtorek, 17 stycznia 2017

My weekend was all booked

Podczas weekendu pogoda nie sprzyjała spacerom*.
Było zimno, deszczowo i nieprzyjemnie.
(A wilgotne zimno, tu na Wyspach, jest tak przenikliwe!)
Nie martwiło mnie to jednak.
Pod koniec minionego tygodnia zapisałam się bowiem do biblioteki.
I jeśli chodzi o członkowski start i czytelnicze statystyki
to ekhmm... chyba lekko zaszalałam.
My weekend was all booked!



*Co nie oznacza, że spacerów wcale nie było.  Były, owszem, ale zarówno sobotni, jak i niedzielny skończył się tak samo - w zacisznym miejscu (bibliotece/kawiarni)...
z książką. Przykładowo w takim, jak poniżej, sympatycznym towarzystwie. :)



niedziela, 15 stycznia 2017

spacer

Pewnego dnia minionego tygodnia postanowiłam wybrać się na spacer. Pogoda zdawała się dopisywać. Co prawda mocno wiało i było dość zimno, ale popołudnie bez deszczu to już coś! Najpierw rozłożyłam mapę centralnego Londynu (darmowa, dostępna na większych stacjach metra), którą już od pierwszego tygodnia noszę w torebce zamiast bardzo dokładnej, ale ciężkiej - książkowej - London A-Z, i zastanowiłam się, dokąd chciałabym się udać. Gdy już obrałam cel, trzeba było zaplanować trasę. Tyle przyjemności, a to dopiero początek...


Wyruszyłam. Po drodze mogłam rzucić okiem na to... co dzieje się w kraju...


...a później już zachwycałam się architekturą, uroczymi zaułkami i alejkami.




Tak doszłam aż do Baker Street. Nieładnie byłoby nie złożyć wizyty jej najsłynniejszemu mieszkańcowi...


Wstąpiłam więc do sklepiku przy muzeum Sherlocka Holmesa. Na razie robiłam rekonesans, zwiedzanie muzeum zostawiłam sobie na inny dzień. Co za dużo przyjemności na raz to niezdrowo ;)


Nie zabawiłam tam długo i wkrótce ruszyłam w dalszą drogę. Minęłam ruchliwą Marylebone Road. Za każdym razem, gdy tam jestem intryguje mnie ten pub (jak sądzę) The Globe, te złote kontury kontynentów na czarnych tłach. Będę musiała i go odwiedzić! (Dopisane na listę...)


Dotarłam do Oxford Street. Rzecz ciekawa, przyszłam tutaj z jedną torebką, a gdy opuszczałam tę słynną handlową ulicę, miałam już dwie torebki. Ot, takie cuda wianki... kosztujące - na przecenie! - całkiem niedużo. ;)


Następnie skręciłam w uliczki Soho, dzielnicy, w której nigdy wcześniej jeszcze nie byłam.


Ciekawa była zmiana "atmosfery". To już nie imponujące budowle przywodzące na myśl wielkie imperium (takie skojarzenia wywołuje u mnie np. Regent Street). Dużo kolorowych neonów, które kojarzą mi się raczej z takim małomiasteczkowym kolorowym kramem.


Dalej trasa mojej przechadzki biegła przez Leicester Square i Charing Cross Road. W końcu dotarłam na Trafalgar Square.


Na chwilę wstąpiłam do National Gallery - chyba bardziej, by odwiedzić znajome miejsce, poczuć przez chwilę jego atmosferę. Na ponowne, dokładne zwiedzanie (powtórkę z 2009 roku) będę musiała przeznaczyć osobny dzień. Uśmiechnęłam się więc tylko do królowej Charlotty i Erazma z Rotterdamu, i miałam zamiar opuścić ten potężny gmach i kontynuować spacer, ale okazało się, że to nie takie proste. Nie wzięłam sobie planu galerii i... zgubiłam się pośród licznych sal wystawowych. Idąc za znakami "way out" po prostu kręciłam się w kółko, co chwila powracając do tych samych pomieszczeń! W końcu pomogło koniec języka za przewodnika i jakoś wydostałam się na zewnątrz.


Minąwszy Admirality Arch początkowo planowałam przejść koło Pałacu Buckingham, ale zmieniłam zdanie. Przecięłam skrawek parku - St James Park - i udałam się w kierunku Whithall. 



A to dlatego, że potrzebowałam... na chwilę sobie usiąść. Wstąpiłam więc do pubu, zamówiłam herbatę i Pork Pie, chwilę poczytałam i po jakimś czasie poszłam dalej. Właśnie zapadał zmrok, cel był coraz bliżej...


Bardzo chciałam zobaczyć Big Ben po zmroku - Big Ben podświetlony. Kiedyś nawet wpisałam sobie to na listę, jako takie małe marzenie. I oto - jest!


 



Pięknie było tam nad Tamizą: zapadająca noc, ciemna wstęga rzeki, wschodzący Księżyc w pełni i mnóstwo świateł wciąż tętniącego życiem miasta...




Ale zmęczenie powoli dawało o sobie coraz bardziej znać. Niespiesznie, ciesząc się urokiem wieczoru, wróciłam na Trafalgar Square, skąd bezpośrednim już autobusem wróciłam do domu.



Zobaczyć Big Ben podświetlony (po zmroku) - vidi :)

PS Z powodu awarii czytnika kart pamięci robię zdjęcia tylko aparatem w telefonie. Jakość więc nie najlepsza, ale zaleta taka, że nie ma dodatkowego ciężaru w torebce :) A zawsze jakaś pamiątka/udokumentowanie jest.

sobota, 14 stycznia 2017

kiedy rozumiem...

W ziemskiej rzeczywistości nawet w spełnionych marzeniach znajdują się miejsca na stresy i zmartwienia. Czasami mała rzecz urasta do rozmiarów wielkiego problemu...  

A jednak... "kiedy rozumiem, że wszystko, co mnie spotyka, ma mnie bardziej upodobnić do Chrystusa, to usuwa wiele niepokoju"... [A.W.Tozer]

... zaś dzieło łaski zmierza "do głębszej znajomości Boga i coraz bliższej wspólnoty z Nim. Jak Bóg urzeczywistnia ten cel? Nie przez chronienie nas przed ciężkimi i załamującymi okolicznościami, ani też przez chronienie nas przed kłopotami stwarzanymi przez nasz własny temperament i psychikę, a raczej poprzez świadome wystawienie nas na wszystkie te przeciwności, żeby pokazać nam naszą własną niedoskonałość i aby przybliżyć nas do siebie. To jest właśnie najważniejszym powodem, dla którego Bóg napełnia nasze życie kłopotami i dylematami różnego rodzaju. Mamy przez to nauczyć się bardziej polegać na Nim". [J.I.Packer]  


Wtedy poznasz, że ja jestem Pan i że nie zawiodą się ci, 
którzy we mnie pokładają nadzieję.
Iz 49:23b

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Unchangeable God

Znałam tę pieśń. Śpiewaną podczas wczorajszego nabożeństwa.
Przypomniałam sobie, kiedy śpiewałam ją po raz pierwszy.
Pamiętam dokładnie. Nawet tutaj zachował się ślad, wspomnienie.
Chociaż w Krakowie mieszkałam już od dwóch lat, 
wtedy akurat zaczynałam swego rodzaju nowy rozdział.

Śpiewając ją wczoraj, tutaj w Londynie, miałam wrażenie, jakby Pan Bóg cicho szeptał do mnie: Widzisz? Od momentu, gdy śpiewałaś ją po raz pierwszy minęły ponad trzy lata... Tak wiele się zdarzyło, zmieniło... Inny czas, inny język, inne miasto, inny kraj, inne okoliczności... Jednak Ja pozostałem ten sam. Ten, który byłem - JESTEM KTÓRY JESTEM - jaki będę na wieki: dobry, wierny, łaskawy, sprawiedliwy, suwerenny. Jestem z Tobą.

W oczach łzy wzruszenia, a w sercu radość i wdzięczność. 
Tak bardzo dziękuję!..









piątek, 6 stycznia 2017

living the dream

Chyba jeszcze nie do końca dociera do mnie, że jestem  t u t a j.
Często podchodzę do okna, wyglądam na londyńską ulicę
i sycę oczy widokiem angielskich domów, czarnych taksówek 
i piętrowych czerwonych autobusów. Które jeżdżą po lewej stronie.
Dzisiaj mija (pierwszy) tydzień mojego pobytu w Anglii.
Tydzień życia w moim londyńskim spełnionym marzeniu.


Lecz rozradują się ci, którzy Tobie [Boże] ufają!... 
Psalm 5:12

środa, 4 stycznia 2017

Camden Town

Miałam dzisiaj do załatwienia pewną sprawę na Camden High Street, więc przy okazji zwiedziłam sobie troszkę Camden Town. Na pewno jeszcze tam wrócę. 
Na... koniec świata (The World's End) - jak widać na zdjęciu. ;)









poniedziałek, 2 stycznia 2017

Regent's Park

Dziś rano powitały mnie... promienie słońca!
Po trzech dniach chmur, deszczu i mgły
Londyn w końcu uśmiechnął się jasnymi promieniami.
Hip hip hurrah, it's a sunny day! :)

Po południu zdecydowałam się wykorzystać słoneczną pogodę
i wybrałam się na przechadzkę do Regent's Park. 
To jeden z parków królewskich, zajmujący 197 hektarów
na pograniczu City of Westminster i London Borough of Camden.
Właściwie był to zaledwie krótki rekonesans, bo jak się okazało
było dość zimno pomimo słońca, a i ono chyliło się coraz niżej.