Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 września 2019

Downton Abbey

Gdy kilka lat temu oglądałam ostatni odcinek serialu Downton Abbey, nie miałam pojęcia, co się wydarzy zanim znowu ujrzę rodzinę Crawley na ekranie. Nie wiedziałam wtedy, że przeprowadzę się do Anglii, odwiedzę Highclere Castle, będę miała okazję porozmawiać z samą Lady Carnarvon spacerując po jej ogrodach w otoczeniu siedmiu psów, a następnie obejrzeć mecz krykieta i zjeść lunch al fresco na terenie posiadłości - nigdy nie sądziłam, że taki malutki wgląd w życie angielskich wyższych sfer będzie mi dany. Czasami trudno mi uwierzyć, że to wszystko nie był tylko sen. Tak to właśnie w życiu jest - nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć. To zarazem przerażające i ekscytujące. Ale w tę piękną, ciepłą wrześniową noc wydaje się bardziej ekscytujące.

English When I was watching the finale of Downton Abbey series a few years ago, little did I know what was gonna happen before I'd see the Crawley family again. I didn't know then that I would move to England, visit Highclere Castle, had an opportunity to chat with Lady Carnarvon herself and have a walk in her gardens with seven of her dogs running around, followed by watching the cricket match on the estate grounds and al fresco lunch - a peek into English upper class life I had never thought I'd have. ;) Sometimes I hardly believe it has happened indeed. It's how life works - you never know. And it's both frightening and exciting. But on this fine warm September night it feels more exciting.


środa, 26 kwietnia 2017

"Poza Tobą" czyli spełnione marzenie

Rok temu pisałam o Kasi i jej marzeniu, które potrzebowało wsparcia. Już jest! Spełnione marzenie w postaci płyty. Wracając po Wielkanocy z Polski przywiozłam ją ze sobą i od kilku dni słucham na okrągło. Przepiękne utwory, głębokie treści, zachwycający głos i muzyka. To nie tylko muzyczna uczta, ale również wspaniała duchowa zachęta. Bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy wsparli to przedsięwzięcie. Gdyby ktoś był zainteresowany, płytę można zamówić tutaj. Naprawdę gorąco polecam!


Jeden z Kasinych utwórów stał się melodią kwietnia. "Tobie ufam, choć nie rozumiem Twoich dróg, ale wiem, że dobry jest mój Bóg. Twoja łaska jest źródłem wszystkich moich sił, abyś Panie Ty we mnie uwielbiony był...!"
Niestety ten utwór nie jest dostępny w Internecie, więc podaję link do innego, który także bardzo lubię:



poniedziałek, 23 stycznia 2017

nowe drogi, nowe nieba

Ciekawa postać. Wybitny reporter.
Jego książki oczarowały mnie, 
zafascynowały... przeraziły*.
Przeniosły w inne światy.


Ryszard Kapuściński
 4 marca 1932 - 23 stycznia 2007


"Mnie natomiast pociągało także to, co jest za granicą każdego z tych światów - kusili mnie nowi ludzie, nowe drogi, nowe nieba. Pragnienie przekraczania granicy, wypatrywania, co jest poza nią, żyło we mnie ciągle."



"Jednakże takich zapaleńców nie rodzi się wielu. Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musi jakoś się z tym faktem uporać, im będzie go to kosztowało mniej wysiłku - tym lepiej. A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki, pochłaniający człowieka. Większość ludzi rozwija w sobie zdolności przeciwne, zdolność, aby patrząc - nie widzieć, aby słuchając - nie słyszeć."

"Podróż jako wysiłek i dociekanie, jako próba poznania wszystkiego - życia, świata, siebie."


* Często tak niewiele wiemy o tym, co dzieje się w innych częściach świata... tych, które nie są naszym podwórkiem...

niedziela, 1 stycznia 2017

What a celebration!

London's New Year's Day Parade 2017 dogoniłam dopiero na Piccadilly Circus. Na samym końcu szła orkiestra z USA, z Georgii. Grali wspaniale! Ludzie stojący na chodnikach podrygiwali w rytm marszowej melodii. Uczestnicy parady oraz widzowie machali do siebie wykrzykując "Happy New Year!". 
Takie radosne, uliczne świętowanie. 
Doszłam z nimi aż za Trafalgar Square, z oczami pełnymi łez wzruszenia. Sama nie wiem, czy to ta muzyka, uśmiechy i okrzyki przechodniów, londyńskie ulice?... Może po prostu dlatego, że Bóg jest taki dobry, a Jego drogi tak niezwykłe?





 
 






sobota, 10 grudnia 2016

acquaintances

Czasami zastanawiam się,
czy niektórym ludziom nie zależy,
czy zależy, ale po prostu inaczej.
W sposób, którego nie potrafię zrozumieć.
Tak bardzo żal mi niektórych znajomości,
które zabija upływający czas i milczenie.


poniedziałek, 28 listopada 2016

Dios te bendiga

Najpierw ja przekładam dla niej słowa kaznodziei z polskiego na angielski,
następnie ona tłumaczy je na hiszpański dla swojego synka.
Od tego właśnie chłopca dostaję później piękny rysunek.
Żegnamy się słowami God bless you - Dios te bendiga.

The Solar System, Daniel z Salwadoru, 9 lat


poniedziałek, 21 listopada 2016

Ever grateful Eileen

Gdy tydzień temu T. przyniósł ze skrzynki list, wystarczył mi jeden rzut oka na szarą kopertę, bym wiedziała już wszystko. Angielskie znaczki i stemple, ale inny charakter pisma...

Październikowy wyjazd do Anglii nie był tylko wycieczką, wypadem turystycznym. Był przede wszystkim wizytą. Gdy w czerwcu wracałam z pewnego pogrzebu, pomyślałam wtedy, że muszę w końcu polecieć do tego Londynu. Nie można odkładać wizyty u kogoś kto ma dziewięćdziesiąt cztery lata i choruje na raka.

Razem z N. poznałyśmy Eileen w 2009 roku podczas miesięcznego pobytu w Londynie. To miała być niezobowiązująca popołudniowa wizyta, bym mogła poćwiczyć rozmowę w języku angielskim. Tak, niepozornie, narodziła się wspaniała przyjaźń. Podczas pobytu odwiedzałyśmy ją w każdy poniedziałek. Później wymieniałyśmy listy, przez rok, aż do kolejnego spotkania. Od tamtego czasu korespondencja utrzymywała tę relację - poprzez dwa kraje i języki, odmienne pokolenia. Listy, kartki świąteczne i te, z gratulacjami, przesyłane zdjęcia. Nie raz marzyłam, by znów odwiedzić tę niezwykłą staruszkę mieszkającą w przytulnym mieszkanku przy zacisznej londyńskiej ulicy.

Była jedną z najpogodniejszych kobiet, jakie dane mi było spotkać. Nie miała łatwego życia. Wychowywała się w sierocińcu, w którym doświadczyła złego traktowania i kar cielesnych, które spowodowały częściową głuchotę. Jak sama stwierdziła, do piętnastego roku życia nie wiedziała,  czym jest miłość. Nigdy nie założyła własnej rodziny. Po tym, gdy poznała miłość Chrystusa i w niej odnalazła swoje szczęście, spełnienie i poczucie bezpieczeństwa, poświęciła swoje życie pracy z dziećmi. Jako wychowawczyni w sierocińcu okazywała swoim podopiecznym miłość, której sama nie zaznała w dzieciństwie.

Jej wiara, pogodna ufność oraz niczym niewzruszona wdzięczność zawsze robiła na mnie ogromne wrażenie, była dla mnie ogromnym świadectwem. Nigdy nie słyszałam, by na coś narzekała lub użalała się nad sobą. Wprost przeciwnie, stale powtarzała, jak bardzo jest Bogu wdzięczna za to, co dla niej uczynił. Gdy słuchając opowieści z jej życia, opowiadanych spokojnym, rzeczowym tonem, wyrażałam współczucie, ona pogodnie mówiła: it doesn't matter, my dear, God is good. To nie były tylko słowa, to było jej życie, taka właśnie była Eileen.  Tak się podpisywała - ever grateful Eileen. Pokochała Chrystusa i wybrała wdzięczność, jako sposób życia. Zamiast pełnej żalu i gorzkości, samotnej, starszej kobiety, była najbardziej pogodną staruszką, jaką znałam. Żywą, zainteresowaną rozmówcą, dowcipną, wesołą. Pełną radosnej wiary i niewzruszonej nadziei. Chociaż nie założyła rodziny, utrzymywała szerokie kontakty, miała wielu przyjaciół. Pewnie nawet nie zdawała sobie do końca sprawy, jak wielki wywierała na nich wpływ. W relacjach zawsze skupiała się na tym drugim człowieku, nie na sobie samej. 

Parę lat temu zachorowała na raka. Ból, którego doświadczała w niczym nie zmienił jej postawy i podejścia do życia. Ostatniej wiosny w jednym z listów napisała: Za oknem pogoda taka piękna, świeci słońce, kwitną kwiaty, a ja siedzę sobie w swoim mieszkanku i wydaje mi się, że nawet sama królowa nie ma lepiej. Już od dawna ból dawał jej się coraz bardziej we znaki. Lekarze byli bezradni, pozostawały tylko tabletki przeciwbólowe. I modlitwa, dodawała Eileen. Nie skarżyła się, ale między wierszami listów wyczytywałam, że jest coraz słabsza. W czerwcu, wracając z pogrzebu, pomyślałam, że muszę polecieć do tego Londynu, takich spraw nie można odkładać. Bo w końcu może być za późno. 

Linie lotnicze niestety nie wychodziły nam naprzeciw. Horrendalnie wysokie ceny biletów nie pozwalały planować podróży podczas wakacji. W końcu we wrześniu udało się znaleźć bilety w przystępnej cenie. W tamtą październikową sobotę spotkałyśmy się ponownie po sześciu latach. Drzwi otworzyła nam szczuplutka, kruchutka staruszka, ale w tym wątłym ciele była ta sama żywa, pogodna dusza. Była taka, jak dawniej: pełna wiary i wdzięczności, radosna, dowcipna. Po wyjeździe snułam już sobie w głowie plany następnej wizyty.

Gdy na początku zeszłego tygodnia otrzymałyśmy szarą kopertę z angielskimi znaczkami, ale zaadresowaną innym charakterem pisma, wystarczył mi rzut oka i wiedziałam już wszystko. Eileen odeszła 5 listopada, dokładnie cztery tygodnie po naszym spotkaniu. Umierała pojednana z Bogiem, pełna wdzięczności za to, że Pan Jezus troszczył się o nią przez te wszystkie lata. To były jej ostatnie słowa.

Tak bardzo jestem Bogu wdzięczna za to, że mogłam poznać Eileen; za to, że na krótko przed jej śmiercią mogłyśmy się jeszcze spotkać, uściskać, porozmawiać, razem pomodlić. Teraz, my dear Friend, jesteś już tam, gdzie nie ma już łez ani bólu, tam, gdzie Pan Jezus przygotował dla Ciebie miejsca. Do zobaczenia w wieczności...


We will praise Him for all that is past, 
and trust Him for all that's to come.
(Na zdjęciu Eileen zapisuje powyższy cytat w moim notesie. Zdjęcie zrobione cztery tygodnie przed jej śmiercią.)

niedziela, 1 listopada 2015

Sisterchen

Od zawsze wiedziałam,
że mam najwspanialszą siostrę na świecie.

Dopiero niedawno jednak zaczęło do mnie docierać,
że tu chodzi jeszcze o coś więcej.

A mianowicie o to, że jedna z najwspanialszych kobiet na ziemi
jest akurat moją siostrą.

To od Niej głównie uczę się bycia
Dzielną Kobietą, skoncentrowaną na Chrystusie.

I tak bardzo za Nią dziękuję.
Każdego dnia.

You're second to none, Sisterchen :*



środa, 21 października 2015

The second First Lady

"When he is wounded, I bleed," stwierdziła kiedyś Abigail Adams.

A w jednej z sal Białego Domu kazała rozwiesić sznurki na pranie. Uznała bowiem,
że bielizna prezydenta Stanów Zjednoczonych nie powinna być wystawiona na widok publiczny susząc się na dworze.

Oblicze Historii, które chyba lubię najbardziej.
Które najbardziej mnie fascynuje.
Ludzie. Życie. Codzienność.
Słowa i drobne zdarzenia przemilczane w podręcznikach.
Które nie zmieniały biegu wydarzeń, nie wpływały na losy świata.

Czy jednak na pewno?...

Źródło: Internet